Andrzej Koraszewski
W ubiegłą niedzielę byłem na ceremonii chrztu. Stanąłem w kościele przy drzwiach, żeby swoją obcością nie przeszkadzać wiernym w modlitwie. Długa msza, w którą wpleciony był chrzest, uroczyste przyjęcie nowego członka wspólnoty. Ciekawe kazanie o miłości, gniewie i przebaczeniu. Zastanawiałem się, kto słucha tego kazania naprawdę uważnie. Organista fałszował, śpiewając ochrypłym głosem. Stałem w cieniu w zadumie nad tym, co poszło nie tak z sekularyzacją, która miała być drogą do racjonalizmu, a stała się ścieżką do świeckich kultów zdobionych kefią. Zastanawiałem się, kim będzie przyjmowane do wspólnoty niemowlę. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, zobaczy koniec tego stulecia i solidny kawałek następnego wieku.
Z oddali słyszałem pytanie do rodziców: „Czy przyrzekacie wychować…” i ich zdecydowaną odpowiedź: „Przyrzekamy”. Rytualny obrzęd ciągłości tradycji. Moje myśli uciekły do wielkich konfliktów, które rzucają głęboki cień na życie zwykłych ludzi zajętych swoimi codziennymi troskami.
Przyjaciel spisał niedawno do szuflady swoje mroczne przewidywania, jak będzie wyglądał świat za sto lat. Podzielił się nimi ze mną w prywatnym liście. Mroczny obraz świata, w którym Polska jest jedną z nielicznych oaz jeszcze niepodbitych przez islam. Oczywiście natychmiast przypomniał mi się sojusz Stalina z Hitlerem i późniejszy atak nazistów na komunistycznego sojusznika. Nazistowska barbaria runęła, zwyciężyła barbaria komunistyczna. Demokracja ocalała na długo, murszejąc powoli. Zimna wojna nie była zimna, umierały miliony. Byliśmy coraz bogatsi, coraz mniej pobożni, co nie znaczy, że bardziej racjonalni lub bardziej moralni. Mój pierwszy opublikowany w gazecie wiersz zaczynał się od słów „Drzewa na nasze trumny nie rosną nigdzie…”. Dożyłem późnej starości pod atomowym parasolem, czytając o koszmarach na odległych frontach. Japoński inżynier mówił mi z uśmiechem, jak wiele Japończycy zawdzięczają tym dwóm atomowym bombom: „Złamały naszego ducha nacjonalizmu, odzyskaliśmy człowieczeństwo”. Dla nas atomowy parasol był narzędziem strachu przed totalnym zniszczeniem. Czechow pisał, że strzelba wisząca na ścianie w pierwszym akcie musi wystrzelić w trzecim. Czy to już jest trzeci akt?
Wierni wstawali, klękali i siadali, reagując zgodnie na słowa kapłana, freski na plafonie przypominały biblijne sceny i to, że to, czego nie wiemy, jest zawsze większe od tego, co znamy.
Co zobaczy dziecko chrzczone we wrześniu 2026 roku? W jakim świecie ten człowiek będzie dożywał starości?
Ja się tego nie dowiem, mogę tylko zgadywać, tworzyć scenariusze, mając właściwie gwarancję, że wszystko będzie inaczej. Amerykański publicysta z chińskim nazwiskiem zastanawia się, czy trzecia wojna światowa już się zaczęła. Za lokalnymi konfliktami kryją się potęgi marzące o podbiciu świata.
Chang pisze, że Chiny są znacznie groźniejsze, niż kiedykolwiek był Związek Radziecki. Tu akurat nie ma żadnych wątpliwości. Muzułmańscy fanatycy marzą o podboju świata przez islam, dla chińskich komunistów to nóż gładko wchodzący w miękkie podbrzusze demokracji, z religijnymi pomocnikami będzie można rozprawić się później.
Daj małpie ideę, a będzie mordować z poczuciem wzniosłości. Myśleliśmy, że kiedy człowiek porzuci religijne bajki, nastanie królestwo rozumu. Rozkoszna bzdura. Budowanie królestwa bożego na ziemi prowadziło do wielkich zbrodni, do jeszcze większych zbrodni poprowadziły bandy filozofów centralnie planujących powszechne braterstwo.
Organista fałszował, wierni dostali chleb w opłatku, ksiądz wypił wino. Skończyła się msza, pojechaliśmy na obiad. Było sympatycznie i miło, pstrykał aparat fotograficzny z fleszem, więc będą zdjęcia w rodzinnym albumie (to akurat nie jest pewne, bo teraz wystarczy, że są w telefonie).
Pozując do zdjęcia, uniosłem małego człowieka w górę. Patrzyła na mnie uśmiechnięta buzia. Wracałem, jadąc szosą przez spokojne wsie, próbując nie myśleć, co będzie, w oparciu o to, co widzimy dziś. Jak każdy pesymista uwielbiam być w błędzie. Przyszłość jest niewiadomą, moje życie się kończy we wsi spokojnej, nie zawsze wesołej.



Wychodzi na to, że tzw. nowoczesność okazuje się złudzeniem. Sądziliśmy, że postęp techniczny automatycznie uczyni człowieka lepszym. Internet jest wielką biblioteką ludzkości, ale zarazem narzędziem błyskawicznego rozpowszechniania nienawiści. Zapewne AI tylko zwiększy skalę tego zjawiska.
Prawdopodobnie człowiek był, jest i pozostanie istotą plemienną, podatną na emocje, potrzebującą wspólnoty, sensu i czegoś, co uzna za święte. Orient ma islam, Zachód coraz głębszą sekularyzację. Być może prawdą jest więc, że religia stanowi swoisty system operacyjny ludzkich społeczności. Bez takiego systemu Zachodowi może grozić coraz większy chaos.
Obserwując współczesnych aktywistów klimatycznych, propalestyńskich i podobne środowiska, trudno oprzeć się wrażeniu, że ich działalność częściej prowadzi ku napięciu, chaosowi i destabilizacji niż ku spokojowi, dobrobytowi i dobrej przyszłości Zachodu.
Ostatnie dekady pokazały paradoksalne sojusze części lewicy z islamem. Tam, gdzie islamiści zdobywali realną władzę, ich dotychczasowi sojusznicy często sami stawali się jednymi z pierwszych ofiar nowego porządku. Być może podobny mechanizm powtórzy się teraz w innej konfiguracji: chińscy komuniści nacjonaliści instrumentalnie wykorzystają świat muzułmański, by następnie podporządkować go sobie technologicznie poprzez nadzór, infrastrukturę, dane i systemy kontroli.
Myśl do rozpowszechnienia: "Daj małpie ideę, a będzie mordować z poczuciem wzniosłości."
Nie bez powodu naturalizm ciągle ma fatalną prasę; nadal trwają starania, aby poza mową teologiczną utrzymać koncept jakościowej odrębności gatunku ludzkiego - prymat duchowości i te rzeczy. Nadal używa się ku potępieniu postępków nikczemnych wyświechtanego porównania "zachowywał się jak zwierzę". Postępki wszelako nikczemne, ale zgodne z racjami, które się podziela, dostępują właśnie uwznioślenia: to było straszne, ale to jednak nie była zbrodnia, bo idea... To może był wyraz pobożności, której forma już nam nie odpowiada. To było "dla dobra" jakiegoś - (jesli naszej zbiorowości, to był patriotyzm). Nie ma dyskomfortu; przeciwnie, jest ulga, że ominęły - pojedynczo i zbiorowo - te formy wyrazu wielkich idei, które nas brzydzą, czasem nawet szczerze. Ale kto zywi przeswiadczenie, żeśmy żaden tam "gatunek wybrany", ten nijakiej ulgi nie ma. Wprost przeciwnie, im więcej słucha rozważań o przeanieleniach wszelakich (przykadem tego procesu są LGBTQ for Palestine ), tym większy jest niepokój. Za dużo idei i patosu znajduje ujście w rzezi.